(...) wszyscy wariaci na tramwaj!, krzyczy Alicja, wszyscy normalni wysiadać!, krzyczy Alicja, wszystkie wariaty do tramwaju!, wszystkie normale do domu!, krzyczy Alicja, bardzo dobry, coraz lepszy tramwaj, powiedział Feliks przestępując drzwi tramwaju, w pierwszej chwili, kiedy nadjeżdżał wydawał się dość kiepskim tramwajem, zupełnie jak ten przystanek i przystający na nim ludzie wydają się dość kiepskimi i nieudanymi w porównaniu z tym jak udani mogli by być, mówi Feliks, w pierwszym dalekowzrocznym momencie z oddali wydał się ten tramwaj istną tragedią, mówi Feliks, elektrycznym bajzlem na kółkach, mówi Feliks, szynolubnym starociem i brakującym ogniwem w teorii elektryfikacji, mówi Feliks, ale kiedy tylko zbliżył się odczułem, że istotnie coś jednak staje się w nim coraz lepsze, mówi Feliks, z każdym metrem pokonanym w moim kierunku tramwaj ten nabierał coraz bardziej wyraźnych barw całkiem przyzwoitego tramwaju, mówi Feliks, jaki ładny tramwajowy kolor, mówi Alicja, dobrze komponuje się z harmonijkowo-drzwiowym, mówi Alicja, i pięknie przechodzi w płaskodachowy, mówi Alicja, co za doskonały profil oszynowania, mówi Alicja, aż wibrują te wewnętrzne naprężenia, mówi Alicja, okregi jezdne w tym tramwaju, mówi Alicja, mają bardzo ładnie zaakcentowany moment siły, mówi Alicja, gustowny resorowo-kołowy odcień, mówi Alicja, do abordażu! cały tramwaj dla wariatów, powiedziała Alicja wchodząc na pokład tramwaju, normalniaki szorować na przystań, mówi Alicja, proszę proszę, jakie sprytne stopnie ze sprężynką, mówi Alicja, w przyjemnym kolorze dwuschodkowym, mówi Alicja, do tego ta jedyna słuszna perspektywa, mówi Alicja, dzieło sztuki!, mówi Alicja, Gesamt Kunstwerk!, mówi Alicja, hipermajstersztyk tramwaistycznej awangardy, mówi Alicja, to siedzeniowe impasto, ekstrawagancja!, mówi Alicja, ten szklanoszybowy laserunek, światło leje się samo do oczu, mówi Alicja, te akcenty, mówi Alicja, guma palona, mówi Alicja, zdartosiedzeniowy, mówi Alicja, och, ostre jak ostrokrzew półproste rurowouchwytowe, mówi Alicja, bogactwo palety wywołujące u mnie estetyczną ekstazę, mówi Alicja, do tego ten delikatny relief posadzki, mówi alicja, wszędzie te guzikowe intarsje, mówi Alicja, kupuję ten tramwaj, mówi Alicja, patrzcie na te ramki!, mówi Alicja, te literki, mówi Alicja, przemawiają do mnie z głębi literkowych dusz, a ten inicjał wyzwala masę wspomnień, mówi Alicja, wzruszające miejskokomunikacyjne memento, mówi Alicja, nic dziwnego, że od pierwszego dzwonka stał się godny samego lidera zwiadu szpicy przed-avantgardy, mówi Alicja, od pierwszego pasażera stał się obiektem kultu dla wizjonerów z czubka iglicy frontu forpoczty najdalej w przyszłość wybiegłych przodowników sztuki, mówi Alicja, tramwaizm mnie porwał, mówi Alicja, te barwy wybiegające w przyszłość z prędkością światła, mówi Alicja, wszyscy my jesteśmy bez wyjątku przedawnieni wobec świerzości tego wybitnego tramwaju, mówi Alicja, wybaczcie, rozmach konektorów prądowych napełnia mnie zawsze takim nagłym podnieceniem, mówi Alicja, doskonały, mówi Potocki, zupełnie jak prawdziwy, powiedział Potocki opuszczając przystanek, świetna imitacja tramwaju w najlepszym tego słowa znaczeniu, mówi Potocki, a te stopnie przetrzymają nawet objętość Pawłowa, mówi Potocki, co za pancerny stiuk, mówi Potocki, z większej odległości mógłbym całkowicie ulec złudzeniu, że w moją stronę zbliża się autentyczny tramwaj linii numer jeden, mówi Potocki, z odległości kilku kroków jeszcze mógł swobodnie uchodzić za najprawdziwszy oryginał, mówi Potocki, pożałowania godna rozdzielczość zmysłów ludzkich wciąż upokarza nas takimi omyłkami, mówi Potocki, ale znowu ta imitacja jest najwyższej próby, mówi Potocki, można powiedzieć, że niemal wierna kopia tramwaju linii numer jeden, mówi Potocki, jestem przekonany, że każdy z oczekujących na przystanku mieszkańców do ostatniej chwili, a pospolita większość mieszkańców przez całe życie swoje ulegała złudzeniu prawdziwości tej maszyny, mówi Potocki, podczas gdy z bliska wyraźnie widać precyzyjne, to prawda, ale jakże oczywiste naśladownictwo, mówi Potocki, odwzorowanie z niemal kserograficzną doskonałością a jednak coś w wyniku skopiowania z oryginału utracono, a brak ten wyraźnie razi oczy, mówi Potocki, tym mocniej, im bliżej jest autentyczności, mówi Potocki, im doskonalej naśladuje ta wybitna kopia autentyczny tramwaj linii numer jeden tym bardziej ujawnia się niedoskonałość jego autora, mówi Potocki, przód ma zupełnie spartaczony, mówi Potocki, nawet jeśli jest niemal jak prawdziwy to tym bardziej nie mieści się w głowie, że nie można było poświęcić tych paru dosłownie chwil aby go wykończyć do pełnej doskonałości, mówi Potocki, z tyłu znowu przesadnie dokładny, dokładniejszy od samego oryginału, jakby się imitatorom wydawało, że należy poprawić rzeczywistość, mówi Potocki, ten tramwaj, owszem wybitne dzieło, jak na imitację, ale przecież widać tu i ówdzie nie dające się zaakceptować niedociągnięcia, mówi Potocki, drzwi wejściowo-wyjściowe wydają się harmonizować z resztą kadłuba a jednak, prosze posłuchać, ten zgrzyt jest nieodpowiednim zgrzytem dla tramwaju linii numer jeden, mówi Potocki, coś tak podstawowego jak zgrzyt skrzydeł otworu wejściowego uszedł całkowicie uwadze rzemieślnika, mówi Potocki, takie błędy mogą wybaczać oczekujący na przystanku mieszkańcy, mówi Potocki, ale ja nie jestem tu od wybaczania błędów, mówi Potocki, krytyka nie może znać najmniejszej litości, kiedy idzie o autentyczność, mówi Potocki, tak, owszem, zauważyłem, użyte materiały niemal całkowicie odpowiadają materiałom użytym do wybudowania tramwaju linii numer jeden, ale nie mogę z pełną odpowiedzialnością nazwać tego skądinąd pieczołowitego odwzorowania tramwajem linii numer jeden, mówi Potocki, gdyż naraziłbym się tylko na śmieszność wobec innych krytyków tramwajów, mówi Potocki, a zwłaszcza na śmieszność wobec samego siebie, i jak jeszcze krytykę cudzej krytyki jestem w stanie znieść to samokrytyka nie zostawi na mnie suchej nitki, mówi Potocki, nie zamierzam chodzić całe życie umoczony takim przeoczeniem, mówi Potocki, można się w ten sposób krytycznie przeziębić, mówi Potocki, zmysły trzeba ostrzyć o szorstki umysł inaczej popadniemy wszyscy w iluzoryczny błogostan, podczas gdy będzie się nam podsuwać najtańsze i najtandetniejsze podróby tramwajów, gotowe rozlecieć się w każdej chwili, mówi Potocki, przecież na mnie spoczywa największa odpowiedzialność za przyszłość komunikacji tramwajowej, mówi
Potocki, nie bez powodu sam oryginał już ma prawo podrażnić wybitnie krytyczne nozdrza krytyka smrodkiem fałszu, a co dopiero taka wierutna imitacja, choćby i wyrosła z najlepszych ambicji, mówi Potocki, choćby naśladowała doskonale, doskonalej niż oryginał naśladował się sam, choćby wręcz prześladowała, nadal musi to być niezadowalająca dla rzetelnej krytyki tramwajarskiej, mówi Potocki, co by to był za świat, gdyby nagle wszystko uznano za prawdziwe wymazując z ludzkiej świadomości pojęcie naśladownictwa, mówi Potocki, natychmiast wszystko zamieniło by się w najpodlejszą tandetę bezwarunkowej prawdziwości, mówi Potocki, tramwaje z pewnością od razu zaczęto by produkować z najtańszego kartonu, a oszukiwanym nagminnie podróżnym zamykano by usta terroryzując sankcjami karnymi, mówi Potocki, jak by wyglądał świat bez stygmatyzacji kiczu i miernoty! Istne dyletanckie piekło masowej produkcji po najniższych kosztach, mówi Potocki, pasażerowie musieli by piechotą pokonywać przystanki ciągnąc na plecach atrapę tramwaju i jeszcze płacić za to grube sumy, prawdopodobnie już nie dobrowolnie, ale w jakimś ogólnym podatku od jazdy tramwajem, mówi Potocki, tego okropieństwa nie da się nawet opisać słowami, mówi Potocki, wszędzie z każdego zakamarka czycha przecież na nas ten zalewający wszystko mikroekonomiczny reżim tandety, mówi Potocki, gdyby nie kamienne, przyzerowoabsolutnie chłodne i niewzruszone oko krytyki bezlitośnie wytykające gruntowną tandetność całego ludzkiego świata, świat ten stoczył by się w dadaistyczną śmierć porażając mózgi ludzkie najgorszym przymusowym banałem, mówi Potocki, ten tramwaj nie zmyli mnie swoim doborem materiałów, mówi Potocki, tandetą zalatuje już na kilometry, choćby to była tylko tandeta czysto potencjalna, mówi Potocki, nie wolno jednak tracić czujności, mówi Potocki, postrzegać należy tandetę w razie potrzeby także pozazmysłowo i metafizycznie, mówi Potocki, naciskając guzik otwarcia drzwi spowodowałem uruchomienie mechanizmu drzwiowego, jaki w pierwszej chwili zachowywał się całkiem autentycznie mechanizując poprzecznie drzwi tramwaju numer jeden, a jednak drzwiowa harmonijka wydobyła z siebie zgrzyt w najbardziej niewłaściwym momencie, przez to zgrzyt ten cały już stał się niewłaściwy, pomijając już fakt jak kaleczy on uszy niewłaściwym tonem zgrzytu, mówi Potocki, dobra, najlepsza imitacja zawsze tylko będzie imitacją, otwierającą drogę przyczajonej już za nią tandecie, a tej nie możemy w najlepszej nawet imitacji folgować, mówi Potocki, natychmiast zamknąć te cholerne drzwi!, nie wytrzymuje Pawłow,
linia numer jeden łączy wszystkie miejsca zdarzeń, powiedział Pawłow przekraczając próg tramwaju, i przez to przystanek linii numer jeden jest miejscem tak druzgocącego odłączenia, mówi Pawłow, na wszystkich przystankach wymusza się od ludzi tkwienie w tym samym miejscu, mówi Pawłow, zamykać te okropne drzwi na ten okropny przystanek!, mówi Pawłow, wszystkie przystanki, a w związku z tym i wszyscy przystankowicze są w ten sam sposób doszczętnie zmaltretowani panującym w naturze odgórnym nakazem imitacji samego siebie, mówi Pawłow, ta wszechobecna ogłuszająca naturalizacja najwyraźniej dostrzegalna jest właśnie na przystankach linii numer jeden i to właśnie z pokładu tramwaju linii numer jeden przez uchylone jeszcze drzwi, mówi Pawłow, wszystkich bez wyjątku przystankowiczów kilotonowe ciśnienie samej atmosfery przystanku wtłacza w tę mechaniczną imitację samych siebie, mówi Pawow, bolesny to obraz, mówi Pawłow, potwornie chłoszcze po oczach ta przystankowa mizeria nieustannej reżimowej autorepetycji, mówi Pawłow, podczas gdy wydostało się już na pokład tramwaju linii numer jeden i przybrało rolę oczekującego na odjazd podróżnika, mówi Pawłow, który niebawem udoskonali się w nieprzerwaną ewolucję formy podróżnika podróżującego, mówi Pawłow, trzeba jeszcze wciąż doświadczać tych otaczających nas zewsząd przystankowiczów, zamknijcie wreszcie te drzwi!, abym nie musiał już oglądać tej dramatycznej bezpośredniości drzwi otwartych na kardynalny przykład nędzy i rozpaczy wszystko neutralizującej natury miejsc ustalonych zwanych przystankami, mówi Pawłow, zamykać, zamykać te drzwi!, na lądzie wciąż i wciąż każe nam się imitować samych siebie, podczas gdy z pokładu tramwaju linii numer jeden wreszcie będziemy mogli podróżować nie tylko przez krajobraz miejsc ale i przez własną antycypację przyszłości, mówi Pawłow, która zastępuje cały krajobraz miejsc duchowym krajobrazem przyszłości natychmiast po zamknięciu drzwi tramwaju, mówi Pawłow, zamykać te cholerne drzwi!, mówi Pawłow, to co stanowiło przed zamknięciem drzwi tramwaju krajobraz miejsc staje się po zamknięciu drzwi tramwaju wewnętrznym krajobrazem, a pasażer oczekujący wobec drzwi otwartych będąc samym półnaśladującym siebie półprzystankowiczem, po zamknięciu drzwi staje się jednak z każdą chwilą nowym podróżnikiem wobec z każdą chwilą nowej perspektywy na swój zamiejscowy krajobraz, mówi Pawłow, widok z tramwaju linii numer jeden to widok w niemożliwą do przewidzenia przyszłość, mówi Pawłow, a niemożliwa do przewidzenia przyszłość może być oglądaną tylko z pokładu tramwaju linii numer jeden przez niemożliwego do przewidzenia pasażera, mówi Pawłow, zamknięcie drzwi uwalnia nas od nizin przymusu imitowania samych siebie w roli przystankowiczów, mówi Pawłow, i pozwala nam wreszcie odetchnąć powiewem całego wachlarza niepewności, (...)
(...) w domu dla wariatów przebrano mnie w ubranie dla wariatów, śmieje się Alicja, i zaprowadzono do pokoju dla wariatów, w którym zamknięto mnie na klucz, na drzwiach pokoju dla wariatów widniał numer wariata przy którym ktoś wstawił karteczkę z moim imieniem, nie otrzymałam żadnych informacji o tym jak długo zamierzają trzymać mnie w domu dla wariatów, śmieje się Alicja, pokój dla wariatów posiadał okno dla wariatów z kratą przeciw wariatom, pod jedną ze ścian stało łóżko dla wariatów, na którym leżał koc dla wariatów, a pod nim kołdra i poduszka dla wariatów, pod drugą ścianą, którą właściwie można nazwać drugą ścianą dla wariatów, stało krzesło dla wariatów, a ze ściany sterczała niewielka podpórka dla wariatów, która pewnie miała zastąpić stół dla wariatów na posiłki dla wariatów, przy wejściu dla wariatów do pokoju dla wariatów stała szafka dla wariatów zamknięta kluczem dla wariatów, wewnątrz znalazłam ubranie dla wariatów i szczoteczkę dla wariatów do zębów wariatów, mydło dla wariatów oraz dwa grube ręczniki dla wariatów, wszystko w stanie nowości i świeżości, śmieje się Alicja, wszystko w tym domu było przeznaczone dla wariatów i wręcz zapraszało by używać, cieszyć się gościną, by stać się pełnoetatowym mieszkańcem domu dla wariatów, śmieje się Alicja, co by było, pomyślałam, śmieje się Alicja, gdyby do tak wspaniałego domu dla wariatów trafił nie wariat, jak ja, ale ktoś zupełnie przeciętnie normalny, ktoś całkowicie pospolicie zwykły i napotkawszy taką gościnność nie zorientował się, że jest w domu dla wariatów?, cóż, wówczas niewątpliwie dom dla wariatów zmieniłby go w najdoskonalszego wariata, mówi Alicja, przecież jeśli ktoś mieszka w domu dla wariatów i sypia w łóżku dla wariatów, myje się mydłem dla wariatów, a ponad wszystko spotyka wokół siebie bądź to samych wariatów, bądź doktorów od wariatów, czy, sam nie będąc doktorem od wariatów, może być kimś innym niż tylko wariatem z domu dla wariatów?, czy ktoś, śmieje się Alicja z domu dla wariatów, kto jada śniadania dla wariatów, nosi spodnie dla wariatów i pali tytoń dla wariatów, czy może być w ogóle jeszcze poważnie traktowany?, dom dla wariatów stanowi pod tym względem placówkę doskonałą, wszystko co doń trafia umieszczane jest natychmiastowo i całkowicie w wirtualnych kategoriach domu dla wariatów, mówi Alicja, pięć lat temu, w poczuciu rosnącego niezrozumienia dla otaczającego mnie świata zgłosiłam się do domu dla wariatów, który w mojej wyobraźni stanowił miejsce magicznego przemienienia z nieszczęścliwego wariata w szczęśliwego niewariata, mówi Alicja, jak to sobie wyobrażałam, poprzez edukację wariata o niezasadności wszelkich jego niepokojów, przez objaśnienie źródła trawiących zwariowaną młodą psychikę paradoksów i odbudowanie rdzenia zwariowanego psychicznego zdrowia w oparciu o wywiedzioną z naukowych badań właściwą zdrowym ludziom, a utraconą przeze mnie logikę normalnego niezwariowanego życia, śmieje się Alicja, poprzez wyjawienie mi zasady zdrowego niezwariowanego czucia i niezwariowanego myślenia, której powiernikami mają być doktorzy od wariatów, ponawiająca się, gwałtowna absurdalność każdej czynności i każdego wspomnienia, przyprawiała o uciążliwy ból moją zrównoważoną dotychczas psychikę, wytrącając mnie z życia codziennego w dni pozbawione sensu i wypełnione otępieniem,
mówi Alicja, nie znajdowałam już więcej sił do udziału w czynnościach narzucanych zwyczajem, przymusem, prawem, bezpodstawnym w moim najzwyklejszym, codziennym, prywatnym odczuciu, moje odczucia przestawały dłużej mieścić się w ramach tak kalekiej i wrogiej logiki narzuconej prawem, zwyczajem i przymusem, a moja prywatna logika odmawiała udziału w czynnościach wrogich moim prywatnym codziennym uczuciom, zmuszając mnie do porzucenia tych czynności, a co ważniejsze porzucenia logiki tych czynności, odstąpienia od wszystkich narzucanych zwyczajem, przymusem i prawem czynności i trybów myślenia, które przestały już być wystarczająco obszerne, aby pomieścić rozrastającą się sieć moich prywatnych nerwów, powodowały ucisk, tępy ból i omdlenia, zatrzymując prywatny naturalny ruch moich nerwów w głąb rzeczywistości, kalecząc je wrogą ścianą tautologii, logika czynności narzucanych zwyczajem, przymusem, a nawet niektórymi prawami, kończyła się nagle w miejscu, gdzie moje prywatne uczucia w żaden sposób nie chciały się kończyć, przeciwnie, parly naprzód i rozbijały o wrogie im i kaleczące je tautologie jakimi zakończona była ta logika przymusu i konieczności, co przysparzało mi niewykańczalnego, ustawicznego bolesnego mrowienia, przeplatanego otępieniem, jakie stawało się nieznośne i jakie doprowadziło w końcu do decyzji by zgłosić się do domu dla wariatów, mówi Alicja, nagle ujawniające się bezcelowość i nieporządek otaczającego mnie świata sygnalizowały, że dotarłam do granicy swoich umysłowych i nerwowych możliwości pojmowania tego, co dzieje się wokół mnie i rosnąca potrzeba zrozumienia, pogłębiający się głód wyjaśnień, trawiły mój umysł coraz mocniej, uciążliwej podrażniały każdy nerw do wzrostu, który okazywał się w zwyczajach społecznych zakazany codzienną anty-logiką czynności narzuconą prawem, i tą niedokończoną, podciętą tautologiami logiką kalecząc każdy rozrost tego czucia, odmawiając prawa ruchu myślom poza sztuczne ramy kalekiej logiki forsowanej społecznymi zwyczajami hołdowania głupocie, bezmyślności i bezczuciu, co w efekcie doprowadziło mnie do przekonania, że powinnam zgłosić się do domu dla wariatów, mówi Alicja, kiedy miałam dwadzieścia pięć lat, zgłosiłam się więc do domu dla wariatów, gdzie doktorzy od wariatów zamknęli mnie w pokoju dla wariatów, zamknęli mnie do instytucji wariatów, mówi Alicja, zamknęli mnie do mechanicznego ośrodka pełnego wariatów i wariatek w stopniu szeregowego wariata, zamknęli mnie do automatycznego instytutu pełnego wariatów w stopniu starszego szeregowego wariata, w stopniu sierżanta wariata, zamknęli mnie do rządzonego procedurami wariatkowa pełnego wariatów w stopniu pielęgniarza, w stopniu lekarza, w stopniu ordynatora profesora wariata, w stopniu pomywacza konserwatora wariata, w stopniu praktykanta studenta wariata, zamknęli mnie do domu wariatów jako szeregową studentkę półsierotę wariatkę i zaczęli leczyć mnie z moich przypadłości, mówi Alicja, (...)
,ta metoda doktora piotrowskiego to zwykły drenaż mózgu, płacze Alicja, drenaż mózgu i psychokanaliza, płacze Alicja, ordynarna i metodyczna spychologia przy pomocy wyżerających wszystko doszczętnie psychokatalizatorów, płacze Alicja, a Piotrowski to zwykły psychokanalarz i przepycholog, płacze Alicja, tylko drenowałby i drenował mój umysł jak jakiś system psychicznych wodociągów, płacze Alicja, ja już dłużej tego nie mogę wytrzymać, muszę uciec od tego psychokanalarza bo mnie wydrenuje do końca, odcedzi mi mózg jak kartofle, płacze Alicja, muszę uciekać stąd, uciekać, ale kędy ja uciekać mam skoro wszystko, wszystko dookoła mnie jest dla wariatów i wszystko będzie robić ze mnie wariatkę?, chlipie Alicja, czasem nachodzi mnie tak, wyjść, mówi Alicja, i przestać, wyjść i przestać, myślę sobie, mówi Alicja, więc wychodzę z pokoju dla wariatów i gdzie jestem, jak myślicie dokąd się wychodzi z pokoju dla wariatów, mówi Alicja, jesli nie na korytarz dla wariatów, więc stoi się na korytarzu dla wariatów, ale nadal czuje się, że dosyć, dosyć, dosyć!, trzeba wyjść z korytarza dla wariatów, więc sie wychodzi z korytarza na schody, mówi Alicja, i jest sie na schodach, które natychmiast okazują się schodami dla wariatów, więc się zbiega, zbiega po schodach dla wariatów i wybiega się przez drzwi, natychmiast w momencie wybiegnięcia stające się, czym?, drzwiami wyjściowymi dla wariatów, wybiega się na skwer przed domem dla wariatów i od razu się jest na skwerze dla wariatów, więc wyjść, wyjść ze skweru dla wariatów, myślę, mówi Alicja, i wtedy wybiegam na ulicę, która przecież okazuje się ulicą dla wariatów, więc wskakuję na chodnik, który przecież jest już chodnikiem dla wariatów, nie ma ucieczki, nie ma wyjścia, ponieważ całe miasto jest miastem dla wariatów, cały kraj, myślę, mówi Alicja, jest krajem dla wariatów i cała planeta jest planetą dla wariatów, nie ma ucieczki dla wariatów, żadna rakieta dla wariatów nie pomoże opuścić tego wszechświata dla wariatów, można tylko wybrać tę albo inną planetę dla wariatów, ten albo inny księżyc dla wariatów, wszędzie jest to samo, to samo, wszystko to samo, wszystko to zostało stworzone tylko po to by robić z człowieka wariata, płacze Alicja, i wszystko przepadło już, tak przepadło jak psychoklucze do studzienki psychokanalizacyjnej, pochlipuje Alicja, zwykła psychotragiczna psychoklapa, od rana jestem zbijana z psychotropu bo Piotrowski zawsze od rana drenuje i przepycha swoje insynuacje przez moje uszy jak szczotkę klozetową, płacze Alicja, moje życie to przegrana partia, szach i mat, płacze Alicja, drenaż i drenaż ciągłe wypróżnienie, chwilowy zastój kategorii i niby sedymentacja znaczeń, ale zaraz potem spłuczka, płacze Alicja, nic już nie mam swojego, rozmiesz? już nic ze mnie nie zostało tylko ta ciągła niemożność niebycia wariatką, jedynie drenaż i drenaż, pantha rei przeze mnie jak spłuczka, płacze Alicja, kim ja jestem, no kim?, psychicznym odpływem, płacze Alicja, oddajcie mi moje normalne ludzko-ludzkie myśli, płacze Alicja, oddawać mi moje ludzkie zatwardzenia, płacze Alicja, chcę mieć umysł wypchany bzdurami, rozumiesz?, bzdurami jak każdy, płacze Alicja, zatkane uszy zwykłym telewizyjnym gównem, płacze Alicja, zwykłą tandetną masową parówką z kiosku za dwa złote, płacze Alicja, radio święte, płacze Alicja nastawiając radio dla wariatów, pomóż mi radio święte, uwolnij mnie stąd i zapchaj mi uszy swoim świętym gadaniem, płacze Alicja, parówek, dajcie mi parówek z kiosku, takich najtańszych z papierem w środku, płacze Alicja, chleba naszego powszedniego i parówek z papier masze, płacze Alicja, gdzie jest moja święta gazeto-mielonka, która mi zatka umysł raz na zawsze, gdzie, płacze Alicja, ja mam już dosyć tych dwuznaczności, tego dwusuwu przepychał i całej tej psychokanalizy, płacze Alicja, normalna, ja chcę być znormalizowana wreszcie jak zwykły szary papier (...)
(...)wszyscy w moim otoczeniu mówią mi, że jest ze mną coraz gorzej, chociaż ja uważam, że jest ze mną coraz lepiej, mówi Feliks, czuję się wyśmienicie, mówi Feliks, jestem w coraz lepszej kondycji myślowej, mówi Feliks, z dnia na dzień widzę wszystko coraz jaśniej i wyraźniej i chociaż otoczenie moje okazuje się przez to coraz gorsze, to ja sam czuję się coraz lepiej, mówi Feliks, pomimo wszystkiego tego, co sądzi się o mnie w najbliższym otoczeniu, mówi Feliks, pomimo tego, że, gdy się mu przyglądam, otoczenie moje okazuje się z dnia na dzień coraz bardziej nie do wytrzymania, mówi Feliks, to ze mną jest coraz lepiej i coraz lepiej się czuję, sam ze sobą, co z tego, mówi Feliks, że ludziom z mojego otoczenia wydaje się być ze mną coraz gorzej i co z tego, mówi Feliks, że oni sami coraz gorszymi wydają się mnie, coraz głupszymi i coraz nudniejszymi dla mnie, kiedy ja czuję się, mówi Feliks, znacznie ciekawszym dla siebie z dnia na dzień, z dnia na dzień bardziej z siebie zadowolonym i lepiej do siebie usposobionym?, w moim otoczeniu, mówi Feliks, patrzy się na mnie z dnia na dzień coraz bardziej nienawistnie, mówi Feliks, odnosi się do mnie z coraz większą drwiną i z coraz większym brakiem tak zwanego szacunku, tak zwanego, mówi Feliks, bo ten tak zwany szacunek, z którego coraz większym brakiem się patrzy, nigdy nie bywa właściwym szacunkiem, a jedynie właśnie brakiem szacunku, lub najwyżej brakiem braku szacunku, nigdy autentycznym szacunkiem, mówi Feliks, jaki przecież nie może być mniejszy lub większy, mówi Feliks, podobno w moim otoczeniu się widzi, że jest ze mną coraz gorzej, kiedy ja czuję się i mam coraz lepiej, mówi Feliks, i coraz lepiej widzę, jak z dnia na dzień moje otoczenie staje się dla mnie coraz gorszym, podczas gdy czuję się coraz lepiej, mówi Feliks, coraz łatwiej przychodzi mi również pisanie i budowanie zdań z których jestem coraz bardziej zadowolony, zdania potocznej mowy stają się coraz bardziej nudne i bez znaczenia, mówi Feliks, i rozmowa o rzeczach przyziemnych staje się równie trudna i nudna co otoczenie, w którym mówi się o mnie, że jest ze mną coraz gorzej, czując się znacznie lepiej, mówi Feliks, z dnia na dzień z większą łatwością zapisuję coraz lepsze i coraz dłuższe zdania o coraz ciekawszej gramatyce, podczas gdy zdania wymawiane codziennie stają się coraz głupsze i pozbawione sensu, mówi Feliks, a podejmowanie nieistotnych tematów zaczyna mnie męczyć w podobny sposób, jak robi to całe moje otoczenie, powtarzając bezustannie swoje spostrzeżenia odnośnie mojego jakoby pogarszającego się stanu, z dnia na dzień coraz dosadniej ujawniają mi się niedostatki mojego otoczenia, mówi Feliks, zamęczającego mnie bezsensownymi i głupimi uwagami na temat tego, że jest ze mną coraz gorzej, podczas kiedy czuję się coraz lepiej i coraz łatwiej przychodzi mi pisanie zdań o coraz lepszych konstrukcjach, mówi Feliks, które zwłaszcza czytane na głos, dają mi wiele radości, jedynym szczegółem dzielącym wyraźnie mój stan od stanu mojego otoczenia jest świadomość nieokreśloności poprzedzającej moje odczucia a nieobecnej w osądach wydawanych przez ludzi z mojego otoczenia, mówi Feliks, ponieważ coraz bardziej odczuwam wspólną wszystkim istotom nieokreśloność, coraz więcej o wspólnym dla mnie i dla innych nieokreślonym otoczeniu i zawartych w nim określonych otoczeniach poszczególnych osób myślę, mówi Feliks, i coraz jaskrawiej widzę określenia w moim otoczeniu, jednocześnie coraz wyraźniej czując ucisk otoczenia nieokreślonego tak, że to, co dotychczas było jako określona całość znośnym otoczeniem, mówi Feliks, z dnia na dzień okazuje się otoczeniem nieporównanie gorszym i uciążliwie niedookreślonym, w którym, jako w całości, regularnie odczuwam poprzedzającą wszystkie określenia nieokreśloność, ludzie z mojego otoczenia, mówi Feliks, którzy patrzą na swoje otoczenie, a w nim na mnie, mówi Feliks, patrzą na coś określonego, widzą swoje otoczenie, które pozostaje dla nich w zasadzie niezmienne, bo nie czują poprzedzającej je nieokreśloności, podczas gdy ja patrząc na to określone przeze mnie otoczenie, mówi Feliks, i przysłuchując się określeniom czynionym przez okolicznych ludzi czuję, mówi Feliks, jak wiele jest przez nich niedookreślone i jak prostackie przez to wydają się serwowane przez nich określenia, patrzę na ludzi żyjących w moim otoczeniu, mówi Feliks, ignorujących, co nie zostało dla nich określone przez rodziców, nazwane przez nauczycieli i wymyślone przez państwo, rodzice tym ludziom tak jak i moi rodzice mnie, mówi Feliks, przekazali podstawowe określenia określające ich wygląd i zachowania, podstawowe określenia określające wygląd i zachowania innych ludzi i podstawowe określenia określające najbliższe otoczenia, częstokroć wmawiając im pod groźbą, że to co dla nich określono jest w istocie ich otoczeniem, mówi Feliks, a nie określeniem otoczenia, mówi Feliks, że to czego nauczono ich i co im wymyślono, mówi Feliks, jest tak zwaną rzeczywistością, a nie jedynie przybliżonym i zazwyczaj nielogicznym opisem rzeczywistości, mówi Feliks, a przecież ukryto przed nimi tę część otoczenia, która przez nikogo nie została określona, a zwłaszcza ukryto przed nimi tę część otoczenia, która została określona niewłaściwie, pozostając przez to spotęgowanie nieokreśloną, wręcz przekreśloną, mówi Feliks, patrząc na ludzi w moim otoczeniu, mówi Feliks, zmuszony jestem nazywać ich w znacznym stopniu nieokreślonymi, nie dającymi się określić jako poszczególni ludzie, mówi Feliks, a możliwymi do określenia jedynie jako ludzie z mojego otoczenia, przejawiającymi pewne osobliwe, określone dla każdego z nich cechy, mówi Feliks, pozostającymi jednak w większej części poza zasięgiem moich określeń, podobnie oni nie dostrzegają w całości innych ludzi, mówi Feliks, w tym i mnie, bo pozostajemy w większości dla siebie nieokreślonymi, patrząc na ludzi z mojego otoczenia, mówi Feliks, widzę, że z dnia na dzień stają się coraz gorsi nie tylko przez to, mówi Feliks, że nie widzą, mówi Feliks, ale że wręcz nie uznają nieokreśloności, a w szczególności nieokreśloności własnej i przez to określenia, których używają są całkowicie ich określeniami prywatnymi, wyrażającymi jedynie ich stosunek do otoczenia, mówi Feliks, i nie nadają się do porozumienia, współrozumienia, międzyrozumienia, rozumienia w ogóle czegokolwiek poza ich własnym stosunkiem do otoczenia, mówi Feliks, ludziom z mojego otoczenia wydaje się, że są określonymi ludźmi, że są ludźmi całkowicie sobie wiadomymi, mówi Feliks, ponieważ wydaje im się, że określenia mogą istnieć same w sobie, bez poczucia poprzedzającej je nieokreślonej ukrytej przedrzeczywistości, mówi Feliks, i nie wiedzą, że ich prywatna określoność bez tego poczucia jest niekompletna i nic niewarta, w moim otoczeniu są ludzie, mówi Feliks, przekonani, że wiedzą o sobie wszystko i że wszystko co wiedzą o sobie wystarczy im by siebie określić, mówi Feliks, podczas gdy nie podejrzewają nawet gruntownego braku wiedzy o swojej nieokreśloności, odczuwanej zwykle nieświadomie pod postacią strachu i podejrzliwej nieufności, nieokreśloność, której nie są świadomi ludzie wokół mnie, mówi Feliks, poprzez nieuświadomienie czyni ich z dnia na dzień coraz gorszymi w moich oczach i z dnia na dzień nudniejszymi, co dnia budzę się coraz bardziej świadomy własnej nieokreśloności, mówi Feliks, i w całkowitym podsumowaniu coraz mniej określony, czując się przez to coraz lepiej ze sobą, nie mam określonego powodu by być coraz gorszym w swoich oczach, mówi Feliks, to co w moich oczach jest coraz gorszym to ludzie w moim otoczeniu, którzy nieświadomi własnej nieokreśloności są jednocześnie święcie przekonani, że potrafią siebie określić, mówi Feliks, zwykle dlatego, że potrafią przywołać określenia, które wpoili im rodzice, których uczono ich w szkołach i które wymyśliło im państwo, mówi Feliks, a posługując się tymi określeniami całkowicie pomijają fakt istnienia nieokreśloności i nie są przez to w stanie, mówi Feliks, wyzwolić się z powtarzania w kółko macieju tych samych określeń, jakimi posługiwali się ich rodzice, nauczyciele i jakie wymyśliło dla nich państwo, mówi Feliks, powtarzając te same sformułowania i używając dokładnie tych samych słów na określenie tych samych rzeczy unikają uczucia nieokreśloności, która przecież zmienia się nieustannie i musi być zawsze na nowo określona, mówi Feliks, mówiąc zawsze to samo są jak bezmyślne maszyny, które nie mogą się uczyć i mówić na nowo, tylko muszą mówić tak samo, zawsze tak samo powtarzając tak samo te same zdania i tak samo nazywając te same, a co gorsza różne rzeczy, mówi Feliks, pozostają automatami do mowy, uniemożliwiającymi sobie opisanie zmian następujących wokół nich, zmiany witają ludzie w moim otoczeniu tym samym określeniem, mówi Feliks, tym samym nie uznając tych zmian, zmieniające się rzeczy nazywają zawsze tak samo twierdząc zazwyczaj, że jest z nimi coraz gorzej, podczas gdy rzeczy te zmieniły się w coś innego, co domaga się ponownego opisu i przez to jest w istocie znacznie lepszym, mówi Feliks, używający zawsze tych samych określeń, widzą wokół siebie rozkład rzeczy, niszczenie i degradację rzeczy, podczas gdy w istocie ma miejsce metamorfoza rzeczy, przekształcanie się rzeczy, które nie powinny znosić cierpliwie tych samych nazw tylko powinny żądać, by nazywano je zawsze na nowo, mówi Feliks, powtarzający się zawsze widzą tylko niszczenie rzeczy, a nie widzą przemiany rzeczy, wszystko dlatego, że nie dostrzegają, nie rozumieją lub nie uznają nieokreśloności, mówi Feliks, i używają zawsze tych samych określeń do opisania przedmiotów, które są z każdą chwilą inaczej nieokreślone (...)
w samotności swojej jestem sam, mówi Pawłow, sam jeden pośród siebie samego, jak jeden człowiek bywa pośród wielu ludzi zamieszkujących obok niego, sam, mówi Pawłow, tak mogę być samotny pośród wielu ludzi zamieszkujących we mnie, jednorodny pomiędzy mieszkańcami podobnymi do mnie, jednomyślny pośród mieszkańców niedokładnie przypominających z zewnątrz moje ciało, jednakowo jestem osamotniony w sobie, zupełnie jakby wszyscy mieszkańcy nieprecyzyjnie odwzorowując moje ciało zamieszkiwali moje wnętrze obok mnie samego, mówi Pawłow, nie inaczej niż, jakby we wnętrzu moim znajdował się bezlik istot niezupełnie do mnie podobnych, jakby wiele ciał niedokładnie przypominających mieszkańców, których spotykać mogę dookoła siebie, zagnieździło się we mnie, zupełnie bez zamiaru współuczestnictwa w tej samotności, bez najmniejszej potrzeby współdzielenia ze mną dojmującego i głębokiego uczucia całkowitego odosobnienia, mówi Pawłow, otacza mnie poszczególne identyfikowana, wewnętrznie rozczłonkowana wielość nieświadomych swojej samotności stworzeń, rozkawałkowanych brakiem współodczuwania nieobecności innych w ich poczuciu bycia sobą, mówi Pawłow, a najtrudniejsza do zniesienia jest mnogość, ten powielający się bezlik istotnych różnic niewytłumaczalnie podkreślających podobieństwo układów nerwowych kontrolujących mięśnie w spotykanych na około istotach, który do granic mnie zapełnia, całkowicie okupuje moje myśli gnieżdżąc się powoli i zwielokratniając rekombinacje nieścisłości, bez jakiegokolwiek racjonalnego uzasadnienia, uwypuklając jednolitość obrazu, pokrewieństwo mechanizmów neuronalnych poruszających mięśniami istot mnie otaczających, mówi Pawłow, często osiągam chwilowe wrażenie, że biceps ręki jednego stworzenia jest mięśniem uda innego stworzenia i że mięsień stopy innego stworzenia mięśniem ucha innego stworzenia i że wszystkie te współmięśnie reagują na coś z gruntu jednorodnego, coś dotkliwie odgórnie ustalonego, ujawniającego swą wewnętrzną dojmującą współnieokreśloność poprzez spontanicznie skoordynowane reakcje tych wszystkich mięśni, mówi Pawłow, ponadto ta wielorakość podstawowych rozróżnień aparatów percepcyjno-pamięciowych poruszających ciałami, nasycając moją ciekawość, integruje moją ciekawość, a integrując moją ciekawość akcentuje bliźniaczość konstrukcji pamięciowo-percepcyjnych aparatów ruchowych, mówi Pawłow, wielorakość, poprzez genetyczne zabliźnienie swoje ujawnia w aparatach percepcyjno-pamięciowych wspólne im łożysko, wspólne umiejscowienie pod obciążeniem nieustannej powodzi zmysłów, aż wrażenie tej wielorakości rozróżnień pociąga za sobą namacalne poczucie pienistego ciężaru upływającego przez te ciała czasu, mówi Pawłow, osiągam wrażenie, że ciężar jednego wspomnienia obciąża inne wspomnienie i że ciężar innego wspomnienia obciąża sobą jeszcze inne wspomnienie i że wszystkie te krople zapamiętanych wspomnień przyciągane są przez jednakie, uciążliwie niewyczerpanie trwałe i ujawniające swą integralną, namacalną wszechstronność, spontanicznie jednomyślne rozprzężenie samej przestrzeni wspomnień, mówi Pawłow, i znów, ta niepoliczalność zupełnie podstawowych możliwości odróżnienia składników wrażenia zmysłowego, wzruszającego mnie do łez ulotnością swojej natury, szczelnie wypełnia i trwale spaja możliwą do wyobrażenia obecność, w której powielające się atomy zmysłowych pierwiastków emanują spójną gramatyką niewyczerpanie generowanych skurczy, aż doświadcza się bolesnej lekkości ulatujących z tego ciała myśli, mówi Pawłow, nie do końca akceptuję to podobieństwo mieszkańców, co mam zrobić z tym podobieństwem? gdyby zaszła możliwość bycia niepodobnym, odpuściłbym zupełnie sobie ten zwyczaj postrzegania myśli w innej istocie, zwolniłbym siebie z tego obowiązku postrzegania świadomego doznania w otaczającym mnie istnieniu, mówi Pawłow, gdyby nie zupełnie trywialna i podstawowa podobność mojej twarzy do twarzy innych ludzi, gdyby nie całkiem pospolita i uproszczona podobność mojej dłoni do dłoni innych istot, gdyby nie przerażająco głupia i banalna podobność mojego oka do oka innych stworzeń, odpuściłbym sobie zupełnie te niekończące się poszukiwania wspólnych reakcji i zaniechałbym jakichkolwiek prób odnalezienia wspólnego języka, mówi Pawłow, gdyby zaszła ponadto możliwość bycia niepodobnym do siebie samego z przed chwili, gdybym przekroczył ten stopień nierozpoznawalności względem czasu, całkowicie zaniechałbym prób uściślenia swojej odrębności, swego niepodobieństwa i w ten sposób niepodobny do nikogo, zwłaszcza do siebie samego stałbym się całkowicie powierzchnią samej różnorodności, ale znowu, mówi Pawłow, niezupełnie pochwalam tę różnorodność mieszkańców, co mam zrobić z tą różnorodnością? gdyby zaszła możliwość bycia współjednolitym, idealnie jednakim wśród jednakich istot, odpusciłbym sobie całkowicie ten zwyczaj roztrząsania genealogii różnic i zaniechał zupełnie dociekań istoty tej niesymetryczności, gdyby nie irytująco ustawiczny i wulgarny rozdźwięk moich myśli z myślami innych ludzi, gdyby nie uderzająco nagminny i codzienny brak porozumienia co do istotnych szczegółów między moimi a cudzymi spostrzeżeniami, gdyby nie skrajnie wyczerpująco durna i w tej durnowatości szaleńczo zapamiętała nieadekwatność reakcji innych ludzi w porównaniu z moimi reakcjami, straciłbym wszelką potrzebę odróżniania myśli swoich od myśli innych osób i skierował cały swój poznawczy impet w samego siebie, mówi Pawłow, jeśliby zaszła nadto możliwość bycia identycznym z samym sobą z przed chwili, gdybym wstrzymał ten metamorficzny upadek przez drgające dłuta czasu, zintegorowałoby to wreszcie całą świadomość w jednym strukturalnym rytmie czucia swej jednolitości, będący w pełni sobą a zwłaszcza swoim odczuwaniem stałbym się byćmoże żyjącym kryształem czystej formy - czego? czego? formy czego? czystej formy czego? samotności? podczas gdy, mówi Pawłow, w swej samotności wciąż i wciąż jestem sam, w swoim powielającym się odosobnieniu jestem raz bardziej i raz mniej, jednak wciąż odosobniony, nieświadomie wdycham powietrze do płuc i przystaję na tę nieświadomość, podczas gdy w tym samym czasie nieświadomie powietrze wchłania mnie w siebie przystając, bo jakże by mogło protestować?, na tę nieświadomość, nieświadomie trawię, mrugam, przetłaczałem krew z żył do tętnic, całkowicie pogodzony choć pobieżnie zaznajomiony z tą nieświadomością, podczas gdy nieświadomie pokarm, światło, płyny ustrojowe przenikają moje ciało najprawdopodobniej również pogodzone i co najwyżej pobieżnie, w sposób mechaniczny, zaznajomione z własną nieświadomością, ale przecież, mówi Pawłow, podczas gdy dzieje się to samo-dzianie, w nim przecież dzieje się też samo-zniekształcanie i samo-wypaczanie, samo-przerwanie i samoro-zdwojenie, figuracja i - co?, okazuje się, że już coś się dzieje, coś się zniekształca i coś się wypacza, coś się przerywa i coś się rozdwaja, coś figuruje i -co?, okazuje się, że nieświadomie chłonę obrazy i dźwięki, dźwięki i wrażenia zmysłowe niezupełnie już pogodzony z własną nieświadomością, nie w pełni zadowolony z całkowitej oraz częściowej własnej nieświadomości, mówi Pawłow, bo oto wyrywa się z mojego wnętrza niekompletne i nienasycone, co?, co?, nieświadome niczego obrazy i dźwięki, dźwięki i wrażenia wciąż nieświadomie pogodzone z własną nieświadomością wchłaniają mnie w siebie, poprzez swą nieświadomość wobec mojego nagłego kryzysu nieświadomości, wchłaniają mnie ze zdwojoną, zwielokrotnioną chłonnością, jakby otwierały się setką drzwi na sto wnętrz, aż moje oko, ucho i jelito rozdzierać się muszą na sto oczu, uszu i jelit i wpadać, bez końca, w tę amputowaną nieświadomość, czego?, mówi Pawłow, przecież nie przestrzeni samotności?, przecież w przestrzeni swojej samotności jestem samotnością przestrzeni, mówi Pawłow, przecież zamieszkuję w przestronnej i prywatnej sferze świata zewnętrznego poszukując niecierpliwie zagłębień i prześwitów zdolnych przyjmować w siebie przestronność moją, przecież chwytając się przedmiotów i osób drążę ich powierzchnie odnajdując przed-chwilową iluzję każdej przeszkody, napotykając tę samą rozległą i opuszczoną zewnętrzność pod każdym centymetrem skóry, pośród zdań i gestów, odkrywając znajomą obszerność i opustoszałą powierzchniowość, za poszczególnymi dźwiękami tej czy owej sylaby, we wszelkim geście i zamiarze ujawniając pieniście spiętrzoną i wyludnioną sierocość samej tej powierzchni, którą znam, znam ją z natrętnych podszeptów mojej pamięci, mówi Pawłow, zamykam się w rozległej i odosobnionej wnęce wszechświata gorączkowo wypatrując źrenic, które skrywałyby jakąś przestrzeń obcą, dopadając istot i ich wytworów rozcinam i przeczesuję ich wnętrza odkrywając pierzchającą fałszywość fasad, obnażając jednostajną rozległość i opuszczoną jednostronność w sercu tego czy owego uczucia, we wszelkim słowie i wyobrażeniu eksponując rozłożyście wybujałą i pustynną mechaniczność, której nadto doświadczam ustawicznie jako naglącej potrzeby własnej duchowej przemiany, a która kazała mi to sobie omawiać, więc mówię, mówi Pawłow, zakorzenia mnie głęboko palące pragnienie kropli tej nieokreślonej próżni nadającej życiu, poprzez kontrast, jego postaciowość, potrzeba uchwytnej nieznanej nicości która byłaby w stanie wydobyć z rozlewających się kształtów, wzruszających do łez swoją ulotnością, sztywność obrysu rzeczy celowych i nieprzypadkowych, mówi Pawłow, dopiero wówczas nie wzruszały by już mnie więcej i nie domagając się ode mnie ciągłego świadectwa ich ulotności nabrały własnego, prywatnego kształtu rzeczy intencjonalnych i definitywnych, mówi Pawłow, (nie odzywam się do siebie, tak jak nie odzywam się do mieszkańców milczących wobec mojego milczenia), myśli Pawłow, (nie wydaję dźwięku wobec ciszy która mnie otacza, nie wydobywam z siebie dźwięku wobec ciszy, która mnie wypełnia, jestem milczącym niewypowiadalnym zapatrzeniem w niewypowiadalne milczące obrazy bytów jawnych, bytów sennych, bytów pół-jawnych-pół-sennych, nie odwracam się do siebie, tak jak nie odzywam się do siebie, tak jak nie odwracam się do mieszkańców pozostających w milczeniu), myśli Pawłow, (w milczeniu obrazy pozostałych mieszkańców odwracają się do mnie, kiedy odwracam się od siebie i zwracam się do pozostających w milczeniu mieszkańców, w milczeniu moim usta mając napełnione milczeniem), myśli Pawłow, (w bezdźwięcznym zapatrzeniu usta mając przepojone ciszą, która nie wypowiada słów bezgłośnych, milczy słowa bezdźwięczne, niedosłyszalne beztony nieszeptów ukrywa w sobie jak ja pojmuję w siebie ją, tę ciszę), myśli Pawłow, (zapadłą głęboko w płucach pod wlewem oddechu, poprzecieraną gładkim sznurem tchnienia, wkręconą między zawilgłe tryby respiracji, co ani piśnie, nie uroni nawet własnego bezdesznego bezjęku, zasklepiona czymś ciepłym, jak promień, i lepkim, jak ślimak, milczy we mnie), myśli Pawłow, (milczenie zgłodniałe i wklęsłe, wnętrze zaciśniętego pęcherza milczeń słonych i płytkich, nie przelewa się jednak, tylko wsparte na sobie tłumi nie-gromki nie-śmiech, aż wreszcie czuję, że pływa to to nieruchome w gardle ale wokół, wokół tego trwa oddech i szum, trwa poruszenie mięśnia płuc i mięśnia serca, poruszenie krwi i napływ śliny), myśli Pawłow, (nieodrywalne od tej ciszy organy nerwowych drgań, bulgotliwych przesunięć z boku na bok, dosłyszalne, a nawet odczuwalne przez szkielet rytmy i chrzęsty zrosłe na styk z tym wrostkiem milczenia obok innych wyrostków, gruczołów, brył kościstych, żył, wszystko to wstrząsa), myśli Pawłow, (i chybocze nieuchronnie tym kłębem upartej niemoty, musi więc powstawać jakiś zwrotny dryf ciszy w ciszy, milczenia w milczeniu, potrząsanej czkawką sadzawki niemożliwych słów, najcichsza cisza nieporuszeń mieszkańców, najsztywniejszy bezruch martwoty mieszkańców niezdolny jest powstrzymać wewnętrznych zewnętrzności bezgłosu od wytrząsania z ciszy jakichś wtórnych drgań, które jak w wahadle się zbierają w krtani, aż wyrzuci się z niej pierwszy lepszy wrzask), myśli Pawłow, (jaki wyrwany już raz z bajora ciszy elektrycznym wstrząsem razi cały brzuch, uciska płuca, wywrzaskuje się dalej rytmicznie), (głębokie nabranie powietrza), (wywrzask), (głęboko wciągnąć powietrze), (ścisnąć aż do bólu), (znowu zrobić wdech), (ścisnąć aż do bólu), (zdążyć nabrać znowu), (żeby ścisnąć mocniej), (wdech), (zrywanie krtani), (aż zmęczenie przesączy się z mięśni do krwi, z krwi do mózgu, gdzie się odłączy ta głupia komórka, która ściska i puszcza i ściska i puszcza, kierunkowskaz wrzasku, który pokazuje od pierwszych chwil jak żyć, z tego przecież wrzasku głos ukształtowany jest, z niego nabiera formy, okrągłości słów by trafić wreszcie pod uszy) (...),siedzę w pokoju, którego drzwi zamknięte otwierają okiennice mojej wyobraźni, mówi Pawłow, kiedy tylko otworzą mi drzwi widzę korytarz, ludzi, wszystkie te prozaiczne przedmioty jakie powtarzają się w ogólnym powtarzaniu się samej przestrzeni, pielęgniarki i pielęgniarzy, lekarki i lekarzy, sprzątaczki zwilżające i wycierające linoleum środkami czystości przychodzą i odchodzą, także pozostali mieszkańcy domu, światło z okien w głębi korytarza zaplata się ze światłem okien mojego pokoju, wszystko to ustalone żelaznym nawykiem samej natury, mówi Pawłow, niewzruszoność cegieł pod warstwą tynku i farby, niestałość ludzi w najgłębszym nawet otępieniu kołysanych pulsem przepływu krwi śród nerwów, wszystko zgodnie z najrdzenniejszym prawem oddolnej ordynarnej równowagi czasu, jaki w każdym z tych przedmiotów i istot sam przychodzi i odchodzi miarową falą, a gdzie rzeczy przyjmują pozór bezruchu, napotyka własne odbicie, mówi Pawłow, niech jednak tylko zamkną mi pokój, pozostawią zupełnie samego, odgrodzą siebie i resztę świata od mojego spojrzenia a natychmiast w miejscu tychże drzwi zamkniętych pojawia się otwór do innej zupełnie odrzeczywistości i zaczyna rozrastać pochłaniając sufit i ściany i to wgląd w tę nagłą odrzeczywistość możliwy jest jedynie przy drzwiach zamkniętych, mówi Pawłow, drzwi zamknięte to w istocie otwarcie na prawdę, którą na codzień przesłania nam ten uciążliwy teatralny nawyk potocznie określany rzeczywistość, mówi Pawłow, przesiaduję wiele godzin pod uciążliwą depresją otwartych drzwi wystawiony na rozmaite symptomy łuszczącej się egzemy zwanej rzeczywistością, gdzie wszystko mozolnym ruchem zmierza bezmyślnie pod prąd czasu będąc jednocześnie tymczasem popychane, rozrzedzane i ugniatane w kawalkadzie prawoskrętnych i lewoskrętnych reliefów, zwykle nazywanych negatywami bądź pozytywami, a które są tym samym starym kaftanem bezpiecznej bezczynności wywracanym raz na lewą raz na prawą stronę przez wahadła czasu, wahadła którymi wybrukowany jest cały piekielny trakt rzeczywistości niczym żywą huśtającą się łuską po jakiej rozpełza się przez drzwi otwarte obcesowa rozmemłana przepoczwarka nawyku, mówi Pawłow, dlatego w każdej możliwej chwili wyrzucam wszystkich i zamykam drzwi, aby móc otworzyć widok na ten świat prawdziwy, świat którego przesłoną są wszystkie otwarte okna i drzwi, wszystkie te widoki, świat który widać przez zamknięte okna i przy drzwiach zamkniętych, a od biedy i przy zamkniętych jedynie powiekach, mówi Pawłow, świat unaoczniającej się potrzeby, tęsknoty, ekstrapolacji głodu, na którego spotkanie wychodzą wszystkie możliwe i niemożliwe przyszłości, mówi Pawłow, gdybym miał lepsze zajęcia niż przesiadywanie samotnie w pokoju, gdybym na przykład mógł jechać teraz do opery, nie zamykałbym tych drzwi tylko jechał do opery, ale co może zrobić człowiek któremu odebrano prawo do opery, który okradziony został z możliwości zaspokojenia swoich podstawowych ludzkich potrzeb operowych?, nic, tylko trzasnąć drzwiami i zanurzyć się w urojeniu przyszłości, opera jest znacznie przyjemniejszym, lepiej przyprawionym, dosłodzonym oknem na przyszłość, łatwiej taką przyszłość w operze się odbiera, stopniowo, z większego dystansu, przy drzwiach tak blisko zamkniętych przyszłość podchodzi do samego gardła, staje się natarczywa i brutalna, porywa człowieka całkowicie falą pełzającego terroru niejednokrotnie sprowadzając go na skraj wytrzymałości, wyczerpuje, najpierw czyniąc jedno potem dwa, trzy cięcia, zaczyna rozkrawać i rozrywać, wchłaniać we wszystkie możliwe swoje warianty, a jako że im dalej w przyszłość się brnie tym więcej jest owych wariantów, człowiek po krótkiej chwili ekspozycji zamienia się w poszatkowaną mozaikę poprzeplatanych świadectw, bardziej i bardziej rozdrabniając się w tę psychiczną siekankę, aż zupełnie zaczyna być przecierany w nadrobniejszy proszek, rozpylony na olbrzymi głód całej tej nadprzestrzennej przyszłości, mówi Pawłow, opera przy tym jest dziecinnym podglądaniem przez dziurkę, wyrywkowym, stopniowym, dającym szansę podziwiania detalu, gdyby zwolniono mnie w tej chwili z oddziału bezzwłocznie udałbym się do opery, gdzie mój nawyk patrzenia w przyszłość realizowany może być bezpiecznie, tak jak narkoman realizuje bezpiecznie swój nałóg w zaufanej melinie, w towarzystwie podobnych mu szczerze oddanych sprawie entuzjastów, w operze, gdzie można raczyć się stonowaną dawką, trafiamy w ręce specjalistów od obrotu przyszłością, w ręce dobrze prosperującego przedsiębiorstwa z tradycjami, które nie szafuje zdrowiem swoich gości, dbając o nie jak o własne, aby mogli szczęśliwie powrócić do kolejnego rozdziału, mówi Pawłow, przy zamkniętych drzwiach natomiast braknie wszelkiego oparcia, nie można zachować umiaru i powstrzymać fali przyszłości wdzierającej się od razu ze wszech stron, jak żarłoczna galeria wyrzeźbionych prożni, wybitnych arcydzieł psychicznej grawitacji, przechwytujących umysł natychmiast w objęcia onirycznej formy by szatkować, szatkować, szatkować i mielić, trzeć umysł na proszek, zamknięte drzwi to ziejąca rozpadlina jaźni, stutysięcznobiegunowa, nienażarta przepaść, która i tak pomimo tak wielu grząskości, lepszą jest od tego rozflancowncego amebicznego robaka codzienności, który przez byle uchylone drzwi od razu przewala mi przez próg swoje wielopostaciowo-jednolite niumarłe flaki przyjmujące chwilowo a to kształt salowej z tęczą psychotropów na tacy, a to jegomościa z sali obok któremu ordynator zlecił rano lewatywę i który właśnie uwolniony od trosk i godności szura mimo drzwi moich w kierunku świetlicy gdzie rozdają o tej porze całkiem znośną kawę i nawet lepsze kanapki, nawet ta ściana po której galopuje echo z głębi korytarza jest tylko marną maską tego samego niezdecydowania i nieświadomości materii martwo-żywej, żywo-sztywnej, dekoracje, dekoracje, dekoracje, a pod nimi jedno i to samo od wieków bezokie nieczułe dygotanie galaretowatej prozy życia, ściekającej bezwolnie w ryskę grawitacji na skraju słonecznego płomyczka skutego lodem próżni, mówi Pawłow, cała ta powtarzająca się w większych i mniejszych fragmentach fabularność może zmieścić się w jednym akapicie, cała ta życiowa przygoda wydaje się zmienna istotom o szczątkowej pamięci, jakie nie rejestrują reguł myśląc, że możliwe są zmiany materii, podczas gdy jedyna możliwa zmiana to zmiana punktu widzenia, ten świat tam za drzwiami jest zwykłym fabularnym partactwem, perfidnym wyświechtanym bublem i fałszywym świństwem, któremu dorabia się codziennie nowe wąsy grając między sobą komedię zaskoczenia, zarżniętym i wypatroszonym do szczętu dowcipem, szminkowanym maniakalnie co rano nad zlewem podczas gdy się właśnie wypluło i spłukało nocne kiełki autentycznej inwencji, te spod zamkniętych powiek objawienia i życia prawdziwe, wymyte histerycznie nikną w odpływie, który je przełyka z tym samym, zawsze tym samym, chrząknięciem, świat, w którym zaskoczenie jest takim samym jak wszystko nawykiem, mówi Pawłow, rzeczywiście liczbę fabuł można zliczyć na palcach dwu dłoni, reszta jest tylko zaplataniem tego samego spleśniałego makaronu, tragedia, komedia, romans i tak dalej, konflikt ciała i rozumu, ten sam jak z taśmy, milion egzemplarzy, trzy modele tresury, a ponad tym nabożny bełkot handlarzy tą tandetą, mówi Pawłow, największą tajemnicą jest to że nie ma żadnej tajemnicy, wszystko co jest tu i teraz przed drzwiami wygląda pachnie i smakuje tak samo i naprawdę trzeba się mocno nastarać aby cokolwiek zza zamkniętych drzwi udało się wynieść, choćby pod powieką wilgotny powidok, mówi Pawłow, po jej odemknięciu zaraz się rzeczywistość uruchamia na taki kęs podniecona i pobudza swoją mechaniczną powtarzalność, zapuszcza miliony silników i zaczyna maniakalnie kopiować i tłoczyć tę napotkaną nowostkę na każdej możliwej powierzchni, powiela bawiąc się przy tym nie ową nowością, ale własnym tej nowości kopiowaniem, aż nowość wyświechtana i doszczętnie skopiowana staje się tylko pierwszym egzemplarzem serii, mówi Pawłow, rzeczywistość jest zboczoną maszyną która gwałci każdy przejaw oryginalności rozwiązłym przedrzeźnianiem, a na koniec wpycha oryginał z resztą kopii do jakiejś szuflady, mówi Pawłow, dlatego rzeczywistość musi być wciąż wyrzucana za drzwi, z tą samą bezwzględną mechanicznością z jaką pakuje mi sie do pokoju, rytualnie wypraszana poza nawias ignorancji, mechanizm kontra mechanizm, a najlepszy mechanizm to trzasnąć drzwiami (...)
(...) wy wszyscy naprawdę myślicie że ja nie wiem?, mówi Alicja, przecież nie jestem wariatką, mówi Alicja, ten cały szpital zaprzysiągł się aby wspierać doktora Piotrowskiego, mówi Alicja, bo jak inaczej wyjaśnić tych wszystkich sobowtórów?, mówi Alicja, jakich znowu sobowtórów?, pyta Potocki, jak wyjaśnić tych wszystkich ludzi podszywających się bezustannie pod doktora Piotrowskiego?, pyta Alicja, dla nich wszystkich to jest jakaś podła zabawa a ja zwyczajnie nie mogę tak żyć, łka Alicja, ona znowu zaczyna, mówi Feliks, znowu jej się pogarsza, mówi Feliks, musicie sobie wreszcie uświadomić co tutaj ma miejsce, w tym dokładnie szpitalu dla wariatów, pod waszym okiem wspólnym ogólnym, mówi Alicja, wszyscy są albo kompletnie ślepi, mówi Alicja, całkowita umysłowa zaćma i ślepota, mówi Alicja, na to co dzieje się wokół, pod nami nad nami, a zwłaszcza przed nosem, mówi Alicja, albo jesteście z nim w zmowie, mówi Alicja, tutaj nic a nic nie jest normalne, a wszyscy oni zachowują się jakby w ogóle o żadnej nienormalności nie mogło być mowy, mówi Alicja, podczas gdy jest mowa, jest mowa o nienormalności i trzeba tę mowę mówić, mówi Alicja, prosze na przykład mi wytłumaczyć dlaczego żaden z wariatów nie zauważył jeszcze, że doktor Piotrowski nie jest wcale jedną i tą samą osobą, przeciwnie, że jest to zawsze kompletnie inna osoba?, mówi Alicja, Piotrowski przyłazi do mnie w pewnym określonym stanie rano i zaczyna swoją psychokanalizę a ja patrzę na niego i uważnie, z wielką dokładnością zapamiętuję kształt jego twarzy, uszu, oczy, liczę mu włosy na głowie, precyzyjnie rejestruję jakie ma okulary, czyli wszystko, wszystko co określa go zewnętrznie jako doktora Piotrowskiego nie może umknąć mojej uwadze, jestem skrupulatna, zawsze obserwuję i zapamiętuję ogromną ilość szczegółów i dlatego jestem pewna, że kiedy tylko osoba którą w pierwszej chwili zapamiętywałam doktorem Piotrowskim niknie mi z oczu, natychmiast zastępuje ją ktoś zupełnie podobny, ale jednak całkowicie inny, po prostu - sobowtór, mówi Alicja, w pierwszej chwili siedzę z Piotrowskim w pokoju dla wariatów, gdzie jak co dzień drenuje on mój mózg tysiącem pytań, i wytrwale przyglądam się jego doktorskiej facjacie z zamiarem zapamiętania jak największej ilości szczegółów, nos ma taki, brew taką, oko ma takie, tak mu się ucho rusza jak mówi, tutaj trochę wyłysiały i tak dalej, wszystko, wszystko zapamiętuję, pamięć fotograficzna, mówi Alicja, mój mózg jest jak lustrzanka, mówi Alicja, cyk i zapamiętany, całogębowo, uszowłącznie, mówi Alicja, caluteńki Piotrowski z pierwszej chwili siedzi w moim mózgu jako kopia idealna, mówi Alicja, ale przecież już za chwilę, kiedy tylko stracę go na moment z oczu i ma pojawić się znowu, mówi Alicja, już w drugiej tej chwili wcale się nie pojawia, tylko włazi na jego miejsce sobowtór, mówi Alicja, sobowtór!, mówię wam, całkiem jak Piotrowski ale właściwie to wcale jak Piotrowski, mówi Alicja, absolutne podobieństwo do piotrowskiego a jednocześnie absolutna piotrowskiego negacja, mówi Alicja, tego nie da się wytrzymać, człowiek natychmiast musi wpaść w paranoję, mówi Alicja - natychmiast tak jak stoję, wpadam, mówi Alicja, wypadam z siebie spokojnej, opanowanej i fotograficzno-pamięciowej po czym wpadam z powrotem w siebie całkowicie paranoicznie rozstrojoną, histeryczną i całkiem sobie obcą, mówi Alicja, jestem natychmiast tym sobowtórem wytrącana z siebie i z równowagi, mówi Alicja, pyk, w pierwszej chwili Piotrowski był jak ze zdjęcia a w drugiej znika, zamiast niego sobowtór, przeklęty sobowtór, całkowita negacja przy jednoczesnym podobieństwie, całkowity imposter a przecież gada i udaje jakby był Piotrowskim, mówi Alicja, robi te wystudiowane ruchy ręką, usta w taki dzióbek, zupełnie jak Piotrowski z pierwszej chwili, jak by się całkowicie podmienili mózgami, mówi Alicja, wszystko ma wystudiowane ten sobowtór z drugiej chwili, wszystko tak dokładnie imituje Piotrowskiego, że reszta wariatów w ogóle nie chce mi uwierzyć, po prostu nie mają tej fotograficznej pamięci i zachowanie sobowtóra imitujące niemal bezbłędnie zachowanie piotrowskiego wystarczy im by uznać sobowtóra Piotrowskiego z drugiej chwili za samego Piotrowskiego z chwili pierwszej, o którym swoją drogą też nie wiemy czy sam nie był sobowtórem, mówi Alicja, ale jakby tego było mało, mówi dalej Alicja, po chwili drugiej następuje chwila trzecia, i co?, mówi Alicja, znowu wystarczy, że mój wzrok pozostawi sobowtóra Piotrowskiego na chwilę niezauważonym, a już podmienia go drugi sobowtór Piotrowskiego, mówi Alicja, powierzchowność zupełnie łudząco identyczna, ten sam fartuch, to samo obuwie, ten sam zarost, ta sama wyliniała szczecina na głowie, identyczna para okularów, które odciskają mu się na nieco garbatym i krzywawym nosie, ale już, o! już widzę, że ucho, że ucho ma jakoś inaczej, że jakby przesunięte, i znowu negacja!, całkowita negacja pierwszej negacji oryginału, drugi sobowtór, kompletna negacja, podwójna już teraz, mówi Alicja, do kwadratu!, mówi Alicja, i co myślicie że to się tak kończy?, że to się kończy na drugim sobowtórze?, mówi Alicja, że ot tak sobie przedstawienie skończone?, że trzecia chwila nigdy nie nadchodzi i wszyscy żyli długo i szczęśliwie?, pyta Alicja - a gówno, nic nie jest skończone, to się właśnie dopiero zaczyna, ciągle zaczyna i zaczyna, i nie ma końca, nie ma wyczerpania dla sobowtórów Piotrowskiego, mówi Alicja, kto za to płaci?, pyta Alicja, kto wynajmuje tych wszystkich statystów, mówi Alicja, kto to wszystko tak piekielnie reżyseruje, mówi Alicja, w czwartej chwili jest już trzeci sobowtór Piotrowskiego, prawie zupełnie taki sam, a przecież dokładna negacja poprzedniego, rusza się tak samo, mówi Alicja, gada tym samym głosem, ale, mówi Alicja, ale już słyszę moim doskonałym słuchem, że sepleni, że mu ś i ć nie wychodzą tak gładko i od razu przecież wiem i widzę i słyszę że sobowtór! trzeci sobowtór Piotrowskiego, a w piątej chwili czwarty, z trochę mniejszym nosem, mówi Alicja, a w szóstej chwili piąty, piąty sobowtór Piotrowskiego, zupełnie jakby on, ale przecież, do jasnej cholery, widzę że pod tym fartuchem jest teraz kobieta, już nawet nie facet, a jakieś szkaradne babsko, z męską gęba pokrytą sztucznie doklejanym zarostem, zbrzydzona, pozbawiona piersi i tak dalej, mówi Alicja, kto to wszystko organizuje?, pyta się Alicja, te operacje plastyczne, te upodobnienia, pyta się Alicja, czy oni wszyscy się uczą kwestii Piotrowskiego na pamięć, czy ktoś im drenuje mózgi i wkłada implanty, implanty Piotrowskiego, żeby mogli poruszać się niepostrzeżenie wśród personelu a zwłaszcza wariatów, mówi Alicja, przecież tak niewiele trzeba aby wariatowi wmówić, że to Piotrowski, a moja fotograficzna pamięć wszystko widzi i mój słuch doskonały słyszy najdrobniejsze zmiany głosu, nagłe wady wymowy, nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak, w chwili jedenastej mówił płynnie, w chwili dwunastej się już, przecież, słyszę, jąka się, całkowite zaprzeczenie, całkowita negacja faceta sprzed chwili, mówi Alicja, sobowtór za sobowtórem i nikt nie reaguje, nikogo to nie obchodzi, nikt najzwyczajniej w świecie nie widzi, albo, mówi Alicja, albo nie chce widzieć, boście wszyscy są podstawieni, Pawłow ciebie to wogóle jest łatwo podrobić, wystarczy się zgolić na łyso i trzaskać drzwiami, Feliks taki pospolity zabiedzony chłopina, mało to takich zabiedzonych chłopin po mieście się szwęda, biorą, podstawiają, każą gadać że jest coraz lepiej, coraz gorzej, sobowtór, wy wszyscy jesteście prawdopodobnie podstawieni, mówi Alicja, i za czyje pieniądze?, pyta Alicja, i po co tyle wysiłku, te kostiumy, kucie tekstu na pamięć, do czego wam to, pyta się Alicja, żeby mnie biedną wariatkę skołować?, mówi Alicja, przeciez ja i tak jestem wiecznie, wiecznie skołowana, bo podają mi ciągle coś żeby pogłębiać mój rozdział z normalnością, mydło dla wariatów, ręczniki dla wariatów, wszystko dla wariatów, jakby nie mogli podać mi choć raz zwykłego ręcznika, zwykłej choć raz piżamy, żebym się wyspała jak normalny człowiek, to nie, zawsze wszystko dla wariatów, jesteś wariatka, to jedz zupę dla wariatów, mówi Alicja, możliwe, że w tym moim życiu szpitalnym wogóle nie spotkałam ani razu doktora Piotrowskiego, bo od samego początku mógł to być ktoś podający się za Piotrowskiego, funkcjonujący jak Piotrowski, ale całkowicie podstawiony, aktor, imitator, mówi Alicja, was też podejrzewam, jesteście podstawieni pod samych siebie, nic w was nie ma oryginalnego, odgrywacie te swoje idiotyczne codzienne kwestie, wpieprzacie te swoje codzienne kanapki i gadacie zawsze to samo, wszystko to samo, jak w podrzędnym teatrze, jak czytane z kartki, wrzeszczy Alicja, jeśli nie przestaniesz histeryzować, to przysięgam wyniosę cię na własnych rękach za drzwi, o tam, mówi Pawłow, siedzę tutaj tylko przez teatr, tylko teatr mnie interesuje i jego wewnętrzna sztuczność, a wy, wypryski naturalizmu, jesteście tylko przeszkodą do mojego spotkania ze sztuką, mówi Pawłow, radzę abyście trzymali te wszystkie swoje emocjonalne automatyzmy dla siebie, bo będę wynosił za drzwi, zrozumiano?, pyta Pawłow, tobie sie Alicjo wydaje że jesteś tak oryginalną, a wszystko co ja widzę to plagiat, zwykły naturalny powtórzeniowy plagiat, ile takich twarzy, myślisz, jak twoja, było już przed tobą w dziejach ludzkości, ile par takich uszu, wszystko w tobie jest niemożliwą do wytrzymania kopią, mówisz tym samym językiem jakim mówią setki tysięcy kobiet w tym kraju, plagiat!, dwie nogi, dwie ręce, dwoje oczu, ile takich par już widziałem w swoim życiu!, plagiat!, być może oczy twoje mają jakiś kolor, ale co z tego jak kolor ten już miliony razy pojawiał się w ludzkiej populacji, plagiat!, od stóp do przetłuszczonych włosów jesteś kompletnym powieleniem, grafomaństwem samej natury, i w jakim że to celu mają służyć ci te wszystkie kostiumy, fryzury, peruki, farby, skoro i tak wszystko to jest najwyżej nędzną kompilacją i, uwierz mi, imitacją i grafomaństwem na które po prostu nie da się patrzeć, mówi Pawłow, co z tego że ty, jako Alicja z takim uchem i taką nogą i takim nazwiskiem być może na tym świecie jeszcze nie istniałaś, skoro wszystkie twoje części są już tysiąckrotnie używane, te zęby, co za sztampa, co za nuda, mówi Pawłow, natura wypluła cię Alicjo z siebie całkowicie fragmentarycznie splagiatowaną i nieoryginalną, i te twoje usilne starania, te szminki, torebki, buciki, to najlepszy dowód że jesteś całkowicie identyczna i nijaka jak cała reszta ludzkiego taśmociągu, wszystko w tobie razi po oczach tandetą samej natury, tego powtórzeniowego naturalizmu, wszystko w tobie jest kalką, nawet ty sama dla siebie jesteś tylko kalką, mówi Pawłow, jedyne prawdziwe życie toczy się w sztuce, za zamkniętymi drzwiami, gdzie twoja zwyczajna dłoń staje się czymś więcej, staje się symbolem pewnego potencjału, tylko w sztuce twoje grafomańskie plagiaciarskie pięć palców może urosnąć do pewnej szlachetnej sugestii, sugestii dłoni siedmio palczastej, dziesieć i pół palczastej, dłoni o palcach ułamkowych, dłoni będącej różniczką pewnych konstelacji palców które nie mają nawet możliwości zaistnienia w trzech fizycznych wymiarach, twoje nudnawe chudawe paluszony w sztuce są w stanie urosnąć za sprawą tej artyzmowi tylko znanej rekurencji do osobnych przestrzeni palcowych, do równoległych światów palczastych, a te twoje smutnawe pięcioszponne grabki bez sztuki, bez tajemniczości zamkniętych drzwi, są zerem!, mniej niż zerem!, nic nie znaczącym okruszkiem weszechstronnego, grafomańskiego zera natury!, mówi Pawłow, spójrzie na te ramiona, ile takich ramion już w życiu widziałem, można wyrzygać się z nudów, ponieważ cała Alicjo jesteś ad nauseam, ad nauseam, które jest ad nauseam samej natury, jesteś drobnym strumyczkiem tego gigantycznego pawia jakim jest biologiczne życie na tej śmiesznej piaszczysto-wulkanicznej kulce, na tym zawieszonym w próżni paproszku, sama jesteś mniej niż paproszkiem, jesteś stomiliardowym seryjnym mikropaproszkiem kulającym się po powierzchni paproszkowatego koralika strząśniętego w lodowatą próżnię, mówi Pawłow, naturalność, fizyczność, samochody, wygody, domy, sromy, cycki i pieniądze, to wszystko jest sflaczałą wytartą gumową lalką natury, którą wszyscy dymają w zaślepieniu na milion sposobów, mówi Pawłow, mnie to doszczętnie po prostu przenudza i działa mi na nerwy żołądkowe pobudzając do z trudem powstrzymywanego wyrzygania, mówi Pawłow, teatr, mówi Pawłow, opera, mówi Pawłow, sztuka, mówi Pawłow, język sztuki, mówi Pawłow, w języku sztuki tylko, w sztuczności języka możliwa jest jakakolwiek jeszcze rozrywka, jakikolwiek powidok życia, rozwoju, autentyczności, a ty z tym gazetowym kolażem zamiast twarzy możesz wyjść, tak jak ci radziłem, za drzwi, mówi Pawłow, nawet otyła jesteś zupełnie nieciekawie, nic ta twoja otyłość nowego nie wnosi, nic nie mówi o żadnej przyszłości, ot generyczne fałdy tłuszczu, milion takich opon codziennie przetacza się po mieście, wszystkie dokładnie takie same, takie same, ad nauseam, nawet aktorzy operowi, dramatyczni, poza sceną i poza ekranem wszyscy tak samo są wypierdkami natury jak reszta i nie ma się co nimi ekscytować, a co dopiero tobą, ty anonimowa seryjna wariatko, mówi Pawłow, co ten stary dziad bredzi, mówi Alicja, widziałeś kiedyś taką rękę?, mówi Alicja, łże solipsysta jeden, pożal się Boże arbiter smaku, mówi Alicja, widziałeś kiedyś taki palec?, mówi Alicja, ty jesteś ślepy Pawłow, a zwłaszcza pamięć twoja jest wąska i krótka jak to co nosisz między nogami, mówi Alicja, widziałeś kiedyś taki cycek? Nawet jakbyś widział, a w tym swoim idiotycznym życiu za drzwiami przecież nie widziałeś, tobyś i tak nie pamiętał, mówi Alicja, próbujesz mnie wpędzić w kompleksy, żebym nie zdradziła waszej podłej tajemnicy, mówi Alicja, ty sobowtórze, sam jesteś kalkomanią, tylko że nieudolną, imitacją, tylko że kompletnie spartaczoną, mówi Alicja, twoja łysa pała jest tak w środku pełna urojeń, że nawet jak ci taką twarz jak moja.., patrz ty ćpunie operowy, nawet jak ci tak naturalnie piękną i wyjątkową twarz jak moja podstawiam, nie potrafisz nic zapamiętać, mówi Alicja, wytrzeszczasz te swoje kawiorowate oczki, ale jak wzrok opuszczasz z nosa na podbrudek, to już zapomniałeś cały nos, a jak spowrotem z podbródka na nos podnosisz to znów podbrudek już ci wyleciał z tej jedynej szarej komórki, jaką jeszcze poświęcasz dla piękna matki natury, mówi Alicja, patrz na te policzkowe kości, przyjżyj się z bliska tej skórze, mówi Alicja, ty sobowtórze, nic się nie ma prawa powtórzyć, mówi Alicja, to tylko twoja ślepota, twoja kogucia zaćma i pamięć długości kłaka na dupie, mówi Alicja, pozwalają ci udawać, że może istnieć w ogóle coś takiego jak istnienie czegokolwiek, mówi Alicja, a nie ciągłe, nieuchwytne, przeistaczanie się wszytkiego poniżej progu rozdzielczości twoich cherlakowatych zmysłów, mówi Alicja, ja wiem, że to wszystko wasza gra, wasza zaplanowana przez Piotrowskiego i jego kolektyw zabawa w sobowtórów, mówi Alicja, myślisz że twoje inwektywy mogą uchodzić za jakikolwiek argument przy tak doskonale naocznej aktualności mojej twarzy?, mówi Alicja, chciało ci się uczyć tej twojej kwestii ty atrapo, mówi Alicja, przeciez masz chyba tam jakieś swoje życie, poza tą nędzną rolą tego wymoczka Pawłowa, mówi Alicja, poza tym partackim naśladownictwem, tą komedią, mówi Alicja, czy to nie najlepszy przykład tego jak ubogie musi być twoje życie prywatne, skoro jedynym zatrudnieniem na twoim poziomie intelektualnym jest udawanie wariata, mówi Alicja, w dodatku tak nieudolnie, w dodatku takiego niedorobionego skinheada jak Pawłow, mówi Alicja, udawać taki błąd genetyczny, taką fanaberię natury, powtarzać te kretyńskie kwestie których nawet nikt nie redagował, mówi Alicja, nagrali pewnie Pawłowa na taśmę a teraz tobie biedaku każą to wszystko powtarzać, mówi Alicja, taki jesteś uciułany z cudzych zdanek, łachmaniarz, mogłeś chociaż aktorski ciułaczu wybrać sobie inną rolę, mówi Alicja, ale ja wiem, bida w kraju, mówi Alicja, już nawet nie ma siły piszczeć, ledwie zipie, mówi Alicja, wy wszyscy jesteście tacy zabiedzeni, tacy zastraszeni, tak wam każą recytować, mówi Alicja, i co oni mogą wam tam płacić, mówi Alicja, co ten wszawy szpital może wam tam płacić, mówi Alicja, moi idealiści, mówi Alicja, fur die sache!, mówi Alicja, dla tego zwykle przymykam na to oczy, mówi Alicja, grajcie sobie grajcie, mówi Alicja, skoro potrzebna wam jestem aby podtrzymać ten cały interes, będę udawała, że nie widzę, mówi Alicja, dla ciebie Pawłow, nasz profesorze teoretyku od opery, mówi Alicja, ciężko jest nam wszystkim i trzeba się wspierać, trzeba odgrywać wszystkie swoje role bez zawiści, bez marudzenia, mówi Alicja, udajesz profesora, potwora, reformatora, teorie, teorie, teorie, a ja wiem, w domu gdzieś tam czekają twoje dzieci malutkie i trzeba cisnąć ten wyuczony z taśmy cudzy monolog bo ten szpital to ostatnia solidna firma, która nawet takiego jak ty, nawet takie niewylęgłe chłopiny jak Feliks, przygarnia, mówi Alicja, ja wiem, że to podłość świata, że okoliczności późnego kapitalizmu, mówi Alicja, tylko że ten kapitalizm od samego początku już był taki zapóźniony, mówi Alicja, no ale przecież nie będziemy tutaj, od tego domu wariatów zaczynać, ulituj się Stwórco, rewolucji, trzeba grać, ty Pawłow wiesz najlepiej, mówi Alicja, albo jak ty się tam naprawdę nazywasz, mówi Alicja, jakie to w sumie smutne, mówi Alicja, widzimy się dziś po raz pierwszy, a zarazem po raz ostatni, mówi Alicja, gdyby nie ta rola Pawłowa w ogóle byśmy się nie spotkali, mówi Alicja, w ogółe byś nie miał po co mnie odwiedzać w tym wariatkowie za poniemieckim murem, mówi Alicja, a jutro już podstawią następnego i nigdy, nigdy do końca życia już się nie zobaczymy, mówi Alicja, ale ty nadal, zamiast przyznać się wreszcie, udajesz, mówi Alicja, odtwarzasz, mówi Alicja, nic nie powiesz?, mówi Alicja, ani jak się nazywasz?, mówi Alicja, ani co tam w domu słychać?, mówi Alicja, przecież ci już powiedziałam, że ja rozumiem, ja nie mam nic przeciwko twojej pracy, mówi Alicja, ale odezwij się wreszcie spod tej swojej roli, mówi Alicja, wyjdź z tej maski bahawiorysty, mówi Alicja, zdejmij ten kostium wariata i pierdol tę operę, mówi Alicja, nie?, mówi Alicja, do końca życia?, mówi Alicja, ja ci herbatki naparzę i porozmawiamy, co?, mówi Alicja, pieprzony sobowtór!, krzyczy Alicja, przyznaj się wreszcie!, mówi Alicja, a Pawłow?, mówi Alicja, Jezu, a co wyście zrobili z oryginalnym Pawłowem?, mówi Alicja, tyle tu piwnic, tyle zakamarków, pewnie go sobowtór Piotrowskiego gdzieś zamknął, albo co gorsza zakopał, mówi Alicja, nawet nie chcę o tym myśleć, mówi Alicja, taki los oryginału w tym wszystkim, mówi Alicja, siedzi gdzieś zakluczony pod ziemią w izolatce na wieczność, mówi Alicja, to już nawet lepiej żeby go..., mówi Alicja, o Boże, ta cała okropna machina lecznicza, mówi Alicja, zgrywają na taśmę przez tydzień biedaka a później ładują do celi, albo wręcz..., mówi Alicja, a później latami kolejni jak ten przyłażą i odgrywają tę tygodniową kwestię, mówi Alicja, sobowtórom najłatwiej jest dokonywać takich zbrodni, mówi Alicja, zatrudniają ich na tydzień, ba, na dzień, mówi Alicja, takiemu zatrudnionemu na tydzień sobowtórowi można kazać zrobić wszystko, mówi Alicja, skoro nie występuje pod własnym nazwiskiem, sokoro działa incognito, mówi Alicja, skoro to tylko raz w życiu, mówi Alicja, dają mu do ręki pistolet, o Boże..., Pawłow..., mówi Alicja, uwolniony od nazwiska i odpowiedzialności sobowtór zastrzelił Pawłowa, mówi Alicja, co to za straszna fabryka, mówi Alicja, i po to tylko żeby przedemną odmalowywać złudzenie prawdy, stałości, powtarzalności pojęć i charakterów, mówi Alicja, przecież ja wam mówię, że wiem, wszystko jest nie dającym się sklasyfikować bezcelowym bajzlem, mówi Alicja, no ale te dzieci w domu, mówi Alicja, nawet byle kotek, jeść też woła, mówi Alicja, gdyby nie ten kotek, ja bym ich wszystkich..., mówi Alicja, przymus serca, mówi Alicja, siła wyższa miłości, mówi Alicja, no bo przecież jakbyś był jakimś zwykłym dziwkarzem, mówi Alicja do Pawłowa, to byś chyba dla tej swojej dziwki aż tak się nie poświęcał, mówi Alicja, żeby brnąć przez ten chłam, w takiej piżamie, żeby gadać takie okropne głupoty, mało tego, żeby wyuczyć się ich na pamięć, mówi Alicja, trzeba coś albo kogoś kochać ponad własną mizerną dupę, mówi Alicja, chociaż by była tak autentyczna i niepowtarzalna jak moja, mówi Alicja, jak ja was rozumiem, mówi Alicja, jak ja was kurwa rozumiem, a jednak nie chcę rozumieć, mówi Alicja, dlatego wybrałam rolę wariatki, mówi Alicja, bo was widzę i słyszę, a jednak nie chcę widzieć i nie chcę słyszeć, mówi Alicja, jestescie tak przerażający w tym udawaniu, tacy posłuszni, mówi Alicja, tacy automatyczni, mówi Alicja, o Boże zaczynam już jak Pawłow, mówi Alicja, przestańcie wreszcie udawać samych siebie i zróbcie ze sobą porządek!, krzyczy Alicja, z Piotrowskim zróbcie porządek!, mówi Alicja, ale..., do kogo ja mówię..., mówi Alicja, no co, lepiej ci już?, pyta Feliks, bo mnie wcale nie jest lepiej, mówi Feliks, myślisz że ja nic nie wiem o poprzedzającej wszystko nieokreśloności?, otóż wiem doskonale, mówi Feliks, wszystko wiem o nieokreśloności, mówi Feliks, przecież wystarczy przyznać że jesteś nieokreślona, mówi Feliks, to proste, mówi Feliks, więc mi nie opowiadaj że jestem jakimś sobowtórem, mówi Feliks, ja chyba wiem lepiej kim nie jestem, mówi Feliks, lepiej wiem, coraz lepiej, mówi Feliks, z każdym dniem lepiej wiem kim jestem i nie, mówi Feliks, przez to że widzę jak jestem pod coraz liczniejszą wielością względów nieokreślonym, mówi Feliks, daj spokój Feliks, mówi Potocki, widzisz, że kobiecie się wszystko poprzestawiało, mówi Potocki, sobowtóry widzi, upiory, to od tego dziecka, wiesz, mówi Potocki, co jej umarło na bezdech, mówi Potocki, dajże kobiecie się wyszaleć(...)
No comments:
Post a Comment